Przeskocz do treści

Arthur Machen, Wzgórze przyśnień (ang.: The Hill of Dreams), tłum. Maciej Płaza, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa, 2020.

Arthur Machen w swojej najlepszej odsłonie. Pisząc Wzgórze przyśnień, autor puszcza wodze wyobraźni,  wybiegając daleko poza terytorium, na którym czytelnicy mogli go wcześniej spotkać. Trochę grozy, wyobrażone światy, przenikające się rzeczywistości i sam nie wiesz, czy jesteś jeszcze w świecie powieściowego protagonisty, czy już w uniwersum, które istnieje tylko w jego głowie.

Przekład, który dostajemy do ręki, nie pozostawia wątpliwości, że Wzgórze przyśnień miało ucieleśniać literacką ideę samego Machena, którą tłumacz, Maciej Płaza, niewątpliwie wziął sobie do serca.

Już na pierwszych stronach straciłem pewność, czy wchodzący w życie Lucian Taylor, główny bohater powieści, porusza się jeszcze w swojej fabularnej jawie, a więc czy młodzieniec obserwuje malownicze zjawisko, czy odpłynął już, błądząc w ogrodzie swoich myśli. Przebogata wyobraźnia, którą Machen otworzył przed czytelnikiem, to najważniejszy element powieści. Młodzieniec przenosi się do stworzonej przez siebie przestrzeni, ogrodu Awaloniusza, a tam możliwe jest już wszystko. W każdym rozdziale autor nawiązuje do różnych mitologii i wierzeń, raz kreując baśniową  krainę szczęśliwości, innym razem wywołując demony atmosferą bliską powieści grozy. Całość zostaje wyrażona wspaniałym, bogatym językiem, gdzie każde słowo ma swoje miejsce. Cała powieść obraca się zresztą wokół literackiego piękna. Wbrew presji otoczenia, ale za przyzwoleniem ojca Lucian Taylor chce pisać. Mało, chce stworzyć powieść doskonałą, taką,
w każdym fragmencie której „zamiana jednego błahego słowa potrafi pogrążyć całą scenę w ciemności, jak gdyby jeden z krwawych ogni nagle zagasł”. Sky is the limit. Przekład, który dostajemy do ręki, nie pozostawia wątpliwości, że Wzgórze przyśnień miało ucieleśniać literacką ideę samego Machena, którą tłumacz, Maciej Płaza, niewątpliwie wziął sobie do serca. Gdy spytałem go w ubiegłym roku (wywiad znajduje się tutaj) o pryncypia w jego pracy, odpowiedział bez wahania, że przekład musi być piękny. Plastyczność opisów łatwo dostrzec, co oczywiste, również w zasadniczej treści fabuły. Zwróćcie uwagę na scenę poczęstunku cydrem. Czytając, słyszałem brzęk naczyń, wciągałem głęboko aromatyczny zapach napoju i czułem jego smak, sącząc go wraz z Lucianem. Pomyślałem sobie, że fragment ten sprawiał tłumaczowi szczególną przyjemność, zważywszy na Skorunia, jego debiut prozatorski (tutaj), o którym nie bez ironii mówił, że traktuje o zbieraniu jabłek.

Błąkając się w myślowych przestworzach, Machen jednocześnie stoi twardo na ziemi.  Nie oszczędza sobie współczesnych, piętnując ich powierzchowność, pogoń za modą, oszustwa dokonywane bez mrugnięcia okiem, czy pustkę intelektualną, której nie szczędzi pogardy. Jego bohater ucieka przed tym wszystkim w swój świat, broniąc się przed otoczeniem, lecz jednocześnie pogłębiając ostracyzm, którym ono go darzy. Trudno w tym nie dostrzec tak często w literaturze wykorzystywanego motywu osamotnionego i niezrozumianego twórcy, biorącego na siebie ciężar tworzenia w imię doniosłej idei.

Wzgórze przyśnień to wspaniała książka, którą znakomicie się czyta. Odłóżmy na bok krytykę literatury popularnej, sarkazm i rosnącą obojętność, którą powieściowy protagonista (alter ego Machena?) obdarza swoje otoczenie. Dajmy się ponieść wyobraźni Walijczyka. Jeśli wrażeń zabraknie, mamy jeszcze przedruk ironicznego wstępu pisarza do jednego z późniejszych wydań powieści oraz obszerne posłowie, w którym Maciej Płaza szeroko opisuje jej tło. Lekturę tego ostatniego kilkukrotnie przerywałem, wracając w gościnę do Awaloniusza.