Przeskocz do treści

O ludziach bez jutra

Denis Johnson, Anioły (ang.: Angels), tłum. Krzysztof Majer, Wydawnictwo Karakter, Kraków, 2025.

Wciąż w drodze, wciąż zmierzają do celu. Nie wiedzą jednak, gdzie go szukać. Tak scharakteryzowałbym bohaterów debiutanckiej powieści Denisa Johnsona.

W czasie lektury pierwszej połowy książki czułem znużenie z towarzyszącym mu niepokojem. Dwoje autsajderów, matka z dwojgiem dzieci i trzykrotny rozwodnik po służbie w oddziałach piechoty morskiej spotykają się w dalekobieżnym autobusie. Ona ucieka od przemocowego męża, on jedzie, sam nie wiedząc dokąd. W niej budzi się nadzieja, że spotkała kogoś, kto da jej oparcie. On cieszy się, że coś nowego wydarzyło się w jego nudnym życiu. Ten kontrast nie zniknie aż do końca. Na kolejnych kilkudziesięciu stronach bohaterowie przeżywają podobne do siebie sceny popijania piwa lub Burbona, pijackich rozmów w barze, których jedynym celem jest wypełnienie czasu lub zaspokojenie chwilowej żądzy, kłótni, rozstań, gwałtu i powrotu. Owa powtarzalność nudziła mnie. Do przodu jednak pchał mnie niepokój — każda scena pachniała kłopotami. Oczyma wyobraźni wybiegałem w przyszłość, widząc kolejne tarapaty dwójki protagonistów. Dlatego też pomimo powszedniości opisywanych wydarzeń, które sprawiały, że odkładałem książkę kilka razy na półkę, ostatecznie wracałem do niej, trzymałem kciuki za dwójkę włóczęgów i liczyłem na to, że im się poszczęści.

Johnson pisze o ludziach bez jutra. […] Nie myśląc
o konsekwencjach swoich zachowań i zakładając, że wszystko się jakoś ułoży, stopniowo […] wpędzają się w kłopoty, nawet tego nie rozumiejąc.

W pewnym momencie pojawia się drugi wątek z innymi bohaterami. To twardziele bez pardonu okradający innych, choć w rzeczywistości tylko jeden z nich, nazwijmy go ich hersztem, zna swoje rzemiosło, a pozostali dwaj, bracia byłego marine są powolnymi wykonawcami jego poleceń. Ten przeskok stanowił tak duży kontrast, że aż poprawiłem się w fotelu, czekając, aż wątki się splotą. Nie zawiodłem się. Cała piątka poznanych postaci spotyka się w domu matki trójki braci. Codzienną wegetację sowicie okraszaną mieszankami napojów alkoholowych przerywa realizacja śmiałego planu, do której herszt przekonuje pozostałych mężczyzn.

Podobnie do opowiadań zgromadzonych w tomie Syn Jezusa (czytaj tutaj) Johnson pisze o ludziach bez jutra. Monotonną codzienność żyjącej z zasiłku gospodyni przerywa atrakcja pójścia do banku po trochę gotówki lub plotkowanie z sąsiadką. Niepokój o przyszłość synów szybko tonuje alkohol i dewocyjna wręcz pobożność, którą można podsumować fredrowskim „Niech się dzieje wola Nieba”. Dla jej synów przewidywalne etapy życia to kolejne kradzieże, oszustwa i tym podobne chwalebne czyny. Nie myśląc o konsekwencjach swoich zachowań i zakładając, że wszystko się jakoś ułoży, stopniowo bohaterowie Johnsona wpędzają się w kłopoty, nawet tego nie rozumiejąc.

Druga połowa powieści wynagradza zawód towarzyszący lekturze jej początku. To majstersztyk, w którym narrator wraca do dwójki protagonistów poznanych na pierwszych stronach. Oboje zderzają się z konsekwencjami swoich decyzji, ona uzależnieniem od alkoholu, on — impulsywnego pociągnięcia za spust. Johnson posługuje się prostym stylem, opowiadając językiem swoich bohaterów. Właśnie to przydaje wydarzeniom autentyczności. Zaglądamy w ich głowy i tak naprawdę dopiero teraz ich poznajemy. Znane z początku powieści przeciwieństwa postaci ujawniają się również teraz. Ona ciężko walczy, aby wyjść na prostą, on powoli poddaje się losowi, jak gdyby trudy wcześniejszych doświadczeń nie wykształciły w nim woli przetrwania.

Chociaż w tle pojawia się gorzka refleksja o koniunkturalizmie decydentów, kiedy sędziowie przyjmują postawę polityków, powieść nie stanowi oskarżenia. To historia o świecie, w którym los nie obdziela wszystkich po równo. W nim sprzyja on wybranym, tym skupionym na sobie, a idealiści oraz osoby bezrefleksyjnie płynące
z prądem płacą w dwójnasób.

Przeczytaj recenzje innych utworów Denisa Johnsona: 1. Sny o pociągach i 2. Szczodrość Syreny.