Przeskocz do treści

Annie Ernaux o umierającej matce

Annie Ernaux, Je ne suis pas sortie de ma nuit, Editions Gallimard, Paryż, 1996, 2018.

Choroba Alzheimera zabija powoli. Ta niewielka książeczka stanowi zapis stopniowej deterioracji człowieka nią niszczonego. To w równym stopniu dziennik uczuć targających córką, która widzi gasnącą matkę.

We wspomnieniach zatytułowanych Pewna kobieta (Une femme)  Annie Ernaux przedstawia swoją matkę taką, jaką ją zapamiętała, z jej zaletami i wadami, przytaczając piękne chwile i dramaty. Opisywała żywą osobę. Je ne suis pas sortie de ma nuit zawiera dziennik powolnej śmierci. To seria na bieżąco dokonywanych zapisków z obserwacji zachowania ukochanej osoby, która odchodzi.

Gdyby przyjrzeć się poszczególnym wpisom z punktu widzenia zachowania się ich bohaterki, można łatwo prześledzić u niej powolną utratę elementarnych umiejętności. Kobieta początkowo radząca sobie z podstawowymi czynnościami stopniowo staje się bezwolna niczym dziecko, by ostatecznie świadomością przez większość czasu przebywać w swoim świecie. W tym momencie następuje swoista zamiana ról — córka opiekuje się niedołężną matką tak, jak w czasie okresu dziecięcego jej rodzicielka zajmowała się nią. Ta świadomość z kolei przywołuje różne wspomnienia narratorki-autorki sprzed lat, doszukując się w nich analogii do współczesnych przeżyć. Owo dejà vu(e) podkreślał również Roland Barthes w Dzienniku żałobnym.

Z poszczególnych zapisów biją emocje. To mozaika uczuć od miłości i potrzeby zaopiekowania się słabnącą ukochaną osobą, poprzez żal, że w pewnym momencie wszystko się skończy i nie będzie już nic, do poczucia winy, że przecież można zrobić więcej.

Poziom degradacji ludzkiego organizmu zostaje podkreślony opisem otoczenia, domu opieki, w którym kobieta spędza ostatnie lata życia. Wszechogarniająca woń odchodów, duchota, bezradność i całkowita zależność od innych, krzyki, agresywne gesty i inne nieobliczalne zachowania pensjonariuszy podkreślają nieodwracalność biegu wydarzeń, a powiedzenie o tym, że starość się Bogu nie udała, samo ciśnie się do głowy.

Z poszczególnych zapisów biją emocje. To mozaika uczuć od miłości i potrzeby zaopiekowania się słabnącą ukochaną osobą, poprzez żal, że w pewnym momencie wszystko się skończy i nie będzie już nic, do poczucia winy, że przecież można zrobić więcej. Ale co?! To ostanie uderza szczególnie mocno. Odniosłem wrażenie, że to powszechne doznanie, bo przecież mnie również ogarniały wątpliwości, czy zrobiłem wszystko, co mogłem, gdy odchodziła moja mama. W dzienniku symbolem przemijania stają się drzwi windy rozsuwające się i zamykające przy kolejnych odwiedzinach. Ich kolejne otwarcie niczym migawka aparatu fotograficznego ukazywała nowy, gorszy stan rzeczy.

W przeciwieństwie do wcześniej wspomnianego Dziennika żałobnego narratorka skupia całą uwagę na matce, nie na sobie. Dopiero informując o jej śmierci, pozwala sobie na słabość otwartego cierpienia, które powoli ustępuje miejsca pogodzeniu się z nieuniknionym. Zaburzony codzienny rytm, bo przecież jego żelaznym punktem były odwiedziny, powoli układa się na nowo.

Pomimo dramatyzmu opisu dziennik stopniowo staje się monotonny powtarzalnością scen. Trudno odmówić mu autentyczności, jego lektura jednak nie stanowi nowego doświadczenia czytelniczego.

Przeczytaj też: 1. C. S. Lewis, Smutek oraz 2. Marek Bieńczyk, Kontener.