Olga Tokarczuk, Podróż ludzi Księgi, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa, 1998.
Dlaczego lubię czytać prozę Olgi Tokarczuk? Ponieważ doceniam w niej elementy, które widoczne są już w jej debiutanckiej powieści. Historia to wymyślona. Opisuje sytuacje, które przecież wydarzyć się nie mogły. Jakże jednak wydaje się realna.
Przed około dziesięciu laty przeczytałem jeden z esejów Olgi Tokarczuk opublikowany w sobotnim wydaniu popularnego ogólnopolskiego dziennika. Pisarka poświęciła w nim trochę miejsca poszukiwaniu inspiracji przy tworzeniu scen pojawiających się później na kartach jej prozy. Pisała, że gdy zaobserwowała coś ciekawego, wyobrażała sobie, w jaki sposób mogło do tego dojść. W trakcie owej zabawy stopniowo dodawała kolejne szczegóły dopełniające opis otoczenia oraz charakterystykę postaci.
Czegoś w tej powieści zabrakło? Może dalszego ciągu, ponieważ scena finałowa bardzo zaostrza apetyt.
Powyższą metodę odnalazłem w powieści. Rzecz dzieje się w siedemnastowiecznej Francji. Skromna grupa śmiałków wybiera się na poszukiwanie Księgi przez wielkie K. Wieść głosi, że jej treść wyjaśnia wszystkie tajemnice świata. Opis każdej sceny został doprecyzowany w najdrobniejszym detalu. Czytając, widziałem wykwintne lub dla odmiany codzienne stroje podróżnych oraz majestatyczne, ośnieżone góry, które
mijali, słyszałem szelest tkanin i turkot kół powozu o bruk, gdy członkowie wyprawy wyjeżdżali ze stolicy Francji, a także chlupot błota rozbryzgującego się na boki, gdy twarde zawieszenie powozu ze skrzypieniem przechylało się, tonąc w kałużach do wysokości osi. Gdy bohaterowie posilali się w oberży, czułem zapach spalonego tłuszczu dobywającego się z kuchni oraz stęchliznę niewietrzonych pomieszczeń. Kiedy ucztowali, goszcząc w zamku lokalnego bogacza, do moich sensorów zapachowych docierał zapach wyselekcjonowanych perfum, którymi przed wieczerzą skropili się jej uczestnicy oraz zapach wykwintnych dań wkładanych powolnym ruchem do ust. Czułem wręcz ich smak i widziałem rozkosz na twarzach jedzących. Towarzyszyłem im w bibliotece uczonego, którego spotkali, zmierzając do celu i wraz z nimi z namaszczeniem dotykałem jego księgozbioru. Niczego mi w opisywanych scenach nie brakowało.
Fabuła została skonstruowana z podobną precyzją. Każde wydarzenie jest konsekwencją poprzedniego, a niezgodności z rozumem to element budowy nastroju, podkreślające jego tajemniczość, tak jak skryta przed wiedzą innych była sama podróż. Jej uczestnicy ostatecznie zredukowani do trojga początkowo niepowiązanych z sobą osób, zdeterminowanego Markiza, przypadkiem towarzyszącej mu eleganckiej damy lekkich obyczajów, w której się zakochuje oraz kilkunastoletniego chłopca w roli stangreta, konsekwentnie zmierzają dalej. Wraz z każdym kolejnym pokonanym odcinkiem podróży atmosfera gęstnieje. Filozoficzne dysputy pozwalają na zrozumienie motywacji pierwszego z wymienionych i z pozoru głównego bohatera tej historii, by odnaleźć swoistego świętego Graala. Młody woźnica, choć niemowa, potrafi słuchać, a jego umiejętność rozumienia obejmuje w szczególności naturę. On, pozornie głupi, bo niewykształcony, staje się bezlitosnym recenzentem idei, która dla patrzących
z boku od początku wydaje się mirażem, dla głównego uczestnika jednak do końca pozostaje celem życia.
Czegoś w tej powieści zabrakło? Może dalszego ciągu, ponieważ scena finałowa bardzo zaostrza apetyt.
Przeczytaj o innych książkach Olgi Tokarczuk: 1. Empuzjon, 2. Anna In w grobowcach świata, 3. Dom dzienny, dom nocny, 4. Profesor Andrews w Warszawie. Wyspa, 5. Zgubiona dusza (rysunki: Joanna Concejo), 6. Bieguni, 7. Opowiadania bizarne, 8. Prawiek i inne czasy, 9. Prowadź swój pług przez kości umarłych oraz 10. wywiad z pisarką.
Zdjęcie: Peter Herrmann na Unsplash.
