Przeskocz do treści

Aga Sarzyńska, Małe historie z dużych miast

Aga Sarzyńska, Małe historie z dużych miast, Wyd. Wyszukane, Warszawa, 2021.

Aga Sarzyńska i jej Małe historie z dużych miast czyli 8/24: osiem opowiadań
i dwadzieścia cztery wątki, ósemka miast i dwa tuziny postaci, osiem splotów ludzkich losów i trzy razy więcej możliwych zakończeń.

Każde opowiadanie cechuje się bliźniaczą konstrukcją. Oto trójka nieznających się wcześniej postaci, a każda z nich wiedzie swoje życie, od uporządkowanego
i powtarzalnego w każdym detalu jak wypieszczony przez mamusię samotnik, poprzez poszukujących nowych dróg zawodowych lub prywatnych trzydziesto-
i czterdziestolatków, do ekonomicznych emigrantów desperacko walczących
o utrzymanie. Narracja odsłania fabułę kolejno oczami każdej z nich, a w końcowej scenie lub tuż przed nią łączy ich wątki. To klasyczne rozwiązanie pozostawiałoby niedosyt swoją powtarzalnością, gdyby nie fakt, że ich historia w zasadzie się nie kończy. Zgodnie z tezą głoszoną przez Philipa K. Dicka, że fabuła opowiadania powinna uchwycić swoich bohaterów w najważniejszym okresie ich życia, niejednoznaczny finał stanowi początek nowej historii. Nie tworzy się ona jednak na kolejnych stronach tomu, gdyż przewrócenie kartki przenosi czytelnika w zupełne inne miejsce i prezentuje nowych bohaterów. Pobudza ona wyobraźnię czytelnika, dając możliwość wymyślenia dowolnego dalszego ciągu. Dwadzieścia cztery zakończenia według własnego pomysłu pomnożone przez liczbę czytelników — tylko puszczać wodze fantazji! Małe historie z dużych miast przypominają w ten sposób Album z opowieściami Antonisa Georgiou (recenzja), przy czym zamiast fotografii punktami startowymi są krótkie historie niczym filmiki z nagranymi epizodami.

Poszczególne sceny widziane oczami co najmniej dwojga bohaterów pozwalają na uchwycenie różnic w odbiorze, reakcji, interpretacji słów i gestów, czy wreszcie zróżnicowaną ocenę ważności zdarzenia. Szczególnie to ostatnie wyraźnie się uwidacznia.

Charakteryzując postaci i układając fabułę, autorka mierzy się z problemami społecznymi: biedą, emigracją zarobkową, pustką życiową, zaborczością, czy też niezrozumieniem pomiędzy przedstawicielami różnych kultur. Pokazuje je, nie moralizując. Na tak skonstruowane tło nakłada zróżnicowaną w atmosferze fabułę, raz proponując powolnie toczące się obyczajowe opowiadanie z punktem zwrotnym, kiedy indziej budując napięcie aż do obgryzania paznokci. Obserwowanie bohaterów mieszkających w odległych od siebie miejscach stworzyło możliwość zaprezentowania kolorytu miast-miejsc rozgrywających się wydarzeń. Sądzę, że autorka nie wykorzystała jednak w pełni tej szansy, choć Barcelona, miasto dobrze znane Adze Sarzyńskiej, przekonująco ukazuje swoje oblicze.

W każdym opowiadaniu narrator wybiera główną postać i od niej zaczyna. Poszczególne sceny widziane oczami co najmniej dwojga bohaterów pozwalają na uchwycenie różnic w odbiorze, reakcji, interpretacji słów i gestów, czy wreszcie zróżnicowaną ocenę ważności zdarzenia. Szczególnie to ostatnie wyraźnie się uwidacznia, tworząc zaskakujący kontrast. Dialogi jednakże powtarzane są dosłownie, przez co nie wykorzystano dodatkowych możliwości subtelniejszego zróżnicowania odczuć uczestników wydarzeń  — poznajemy dokładnie te same wypowiedzi z komentarzem wyjaśniającym punkt widzenia kolejnej postaci. Całość czyta się bardzo dobrze, często niecierpliwie czekając na finałową odsłonę. Kilka historii zapewne wryje się w pamięć.

Powyższy artykuł stanowi obszerniejszą wersję tekstu, który ukazał się na łamach numeru 11/2021 Magazynu Literackiego Książki, a w momencie publikacji powyższej edycji był dostępny w wersji elektronicznej na stronie wydawcy (tutaj).