Hania Hoffman, Szkody. Opowieść o świecie minionym, Wydawnictwo Lira, Warszawa, 2024.
Tytuł sugeruje nostalgiczną opowieść o świecie, który już nie wróci. Rzeczywiście, nie brak tu sentymentalnych autobiograficznych wspomnień. Czytając uważnie, można jednak znaleźć w książce znacznie więcej.
Wyobraziłem sobie autorkę siadającą po raz pierwszy przed komputerem z pustym białym ekranem przed sobą. Wyrażające skupienie zmarszczone brwi powoli wydobywają z pamięci minione chwile, a palce zaczynają błądzić po klawiaturze. Widać to po niewyraźnym początku, kiedy widok wyłaniający się na pierwszych stronach wydaje się rozmazany i dopiero stopniowo się wyostrza, płynąc kilkoma wątkami.
Narracja operuje obrazami. Kilkustronicowe rozdziały stanowią swoiste fotografie kluczowych momentów dzieciństwa i nastoletnich czasów swojej bohaterki. Układa się z nich ciąg przeżyć małej dziewczynki przemieniającej się powoli w młodą kobietę, która coraz bardziej świadomie obserwuje i chłonie otaczającą ją rzeczywistość. Tym samym stopniowo otwiera się przed oczami czytających rodzinny dom protagonistki w małej miejscowości na Górnym Śląsku ze swoimi nienaruszalnymi zwyczajami i wielopokoleniową tradycją. To środowisko nieco surowe w wychowaniu, ale ciepłe miłością i szacunkiem do innych.
Powroty do dzieciństwa Hania Hoffman przeplata licznymi portretami przodków.
Zaczyna od rodziny matki, Ślązaczki od pokoleń, aby w drugiej części przejść do krewnych ojca, Wielkopolanina. Te fragmenty tworzą obraz wspólnoty, która próbuje łączyć dwie kultury, dwie różne mentalności. W przedstawianych historiach autorka skupia się na ludziach z ich radościami i smutkami, pokazuje ich również na tle istotnych wydarzeń historycznych. Takie podejście uwidacznia, że życie nie toczy się w próżni.
Brak możliwości powrotu [do dawnej rzeczywistości] podkreślają szkody górnicze, powoli, ale bezwzględnie usuwające niemych świadków kończącej się rzeczywistości.
Podobny zabieg nałożenia wspomnień na ważne fakty w życiu politycznym oraz społecznym Hania Hoffman zastosowała dla przedstawienia osobistych przeżyć. Czytając te fragmenty, starałem się przywołać w pamięci mój ich odbiór. Całość opowieści, zresztą, dla pokolenia autorki stanowić może ciekawy powrót do przeszłości rozumiany przede wszystkim jako zderzenie intensywności odbierania tamtych chwil, drobiazgów i rzeczy ważnych z dzisiejszym spojrzeniem na nie dorosłych już ludzi.
W czasie lektury szczególnie skupiałem uwagę na fragmentach opisujących śląską kulturę i język. Ślonsko godka nie jest mi znana w rozumieniu posługiwania się nią. Ponieważ jednak w dzieciństwie często wyjeżdżałem na wakacje na Górny Śląsk, miałem okazję posłuchać, jak rozmawiają ze sobą dzieci, z którymi spędzałem czas na podwórku. Chęć odświeżenia sobie tamtych klimatów i przypomnienia zabawnych dla mnie wówczas sformułowań pozostały we mnie do dzisiaj. W tym kontekście smutek budzi konstatacja autorki zawarta w jednym z końcowych rozdziałów. Stwierdza tam, że wraz z dorastaniem i zmianą miejsca zamieszkania regionalizmy stanowiące na początku jej codzienność później postrzegane jako prymitywne i obciachowe musiały ustąpić standardowej polszczyźnie. Wydaje mi się, że dla samej Hani Hoffman zmiana ta nie była łatwą decyzją, chociaż ocenioną przez nią jako konieczną. Czy takie oderwanie od korzeni zabiera człowiekowi tożsamość, wtłaczając w nieswoje buty? Opisywany odchodzący w przeszłość świat znika nieuchronnie (patrz też: Matĕj Hořava, Palinka. Prozy z Banatu). Brak możliwości powrotu podkreślają szkody górnicze, powoli, ale bezwzględnie usuwające niemych świadków kończącej się rzeczywistości.
