Przeskocz do treści

László Krasznahorkai, Szatańskie tango

László Krasznahorkai, Szatańskie tango (węg.: Sátántangó), tłum. Elżbieta Sobolewska, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec, 2026.

W tej powieści z pozoru niewiele się dzieje. Ot, w małej wiosce codzienność jej mieszkańców obraca się w zaklętym kręgu pospolitości: ciężka praca dająca mało satysfakcji i jeszcze mniej pieniędzy oraz wolny czas spędzany na popijawach, bo co innego można robić. Nagle pojawia się mesjasz.

Fabuła koncentruje się na uważnym obserwowaniu życia poszczególnych osób. Niemal dotykamy brudnych mebli w ich domach, wciągamy nosem smród ich ubrań, psującego się jedzenia i piwnicznej stęchlizny, czy też czujemy obrzydzenie, czytając o ich drobnych interesikach skrzętnie ukrywanych przed światłem dziennym. Moralna degrengolada pozwala im na uwodzenie cudzych żon i mężów,  bieda — oddawaniu się za pieniądze. Wszyscy marzą, że zdarzy się cud i odmieni ich życie. Niektórzy nawet postanowili już poszukać lepszego miejsca, ale brak im odwagi, by wykonać pierwszy krok. Dlatego też pojawienie się we wsi sąsiada, wieść o którym dawno już zaginęła, odebrano jako znak od niebios. Nikt nie zauważył subtelnego podsycania jego znaczenia.

Zawarta w Szatańskim tangu opowieść o zbiorowym uleganiu złudzeniom to nie tylko załamywanie rąk nad światem, który zszedł na psy, ale także ostrzeżenie przed łatwością, z jaką człowiek staje się bezbronnym, jeżeli bierność zdominuje codzienność.

Dalsze wydarzenia układają się w studium manipulacji. Mieszkańcy wsi będący zbiorowym bohaterem powieści stanowią kliniczny przykład, jak łatwo zarządzać tłumem, jeśli powie mu się to, co chce usłyszeć. Kompletny marazm i brak nadziei na przyszłość czyni z nich ludzi całkowicie bezbronnych i bezkrytycznie podatnych na obietnice poprawienia swojego losu. To myśl przypominająca przekaz widoczny w późniejszym zbiorze pisarza A świat trwa o rzeczywistości w stanie schyłkowym oraz bez widoków na poprawę. Desperacja pozbawia mieszkańców logicznego myślenia i jednocześnie karze im bezgranicznie ufać swojemu wybawcy, bo tak chcą widzieć przybysza znikąd. Z drugiej strony zagadką pozostaje motywacja domniemanego wybawcy. Czy to chęć zysku powodowana pazernością, czy uleganie naciskowi — wszak mieliśmy okazję śledzić jego rozmowę z przedstawicielem stosownych organów, a może służba idei?

Irracjonalna powolność tłumu poraża. Trudno oprzeć się zdziwieniu, obserwując ich daleko posuniętą naiwność. Czy podobnej pokusie łatwowierności my sami jesteśmy w stanie się oprzeć? Czyż nie brakuje obietnic nadzwyczajnych korzyści, próśb o pomoc lub ostrzeżeń przed rzekomym przestępstwem, którym ulegamy, mimo że przy zimnym spojrzeniu z boku od razu dostrzegamy oszustwo? Zawarta w Szatańskim tangu opowieść o zbiorowym uleganiu złudzeniom to nie tylko załamywanie rąk nad światem, który zszedł na psy, ale także ostrzeżenie przed łatwością, z jaką człowiek staje się bezbronnym, jeżeli bierność zdominuje codzienność.

Krasznahorkai pisze niełatwym, ale jakże potoczystym stylem. Lektura gęsto zapisanych stron mieszczących całe rozdziały w jednym akapicie wymaga skupienia, by nie przeoczyć szczegółów i nie utracić specyfiki barwnego i dosadnego opisu szarej rzeczywistości. To doświadczenie wymagające i nie na raz, ale bez wątpienia fascynujące.