Przeskocz do treści

Green vèlo: z Elbląga do Białegostoku

Green vèlo wreszcie otwarte! Trasa popularyzująca mniej znane zakątki wschodniej
i północno-wschodniej Polski. Ponad 2000 kilometrów. Zatem nie ma na co czekać. W drogę!

Wybrałem północny odcinek szlaku od jego początku w Elblągu do Białegostoku. Stanowi on około jednej trzeciej długości całej trasy, według mapy ok. 650 km.
W rzeczywistości przejechałem jednak 150 km więcej, uzupełniając szlak dodatkowymi wycieczkami.

Elbląg przywitał mnie sążnistą ulewą, ale już po godzinie promienie słońca zachęcająco wyciągnęły mnie z hali dworca PKP. Przygodę z Green vèlo rozpocząłem więc od zwiedzenia miasta. Po zniszczeniach wojennych zostało ono odnowione dopiero na przełomie wieków, ale jak piszą w przewodnikach i broszurach, wygląd kamienic ma dość luźny związek z widokiem miasta sprzed kilkuset lat. Po obejrzeniu centrum oraz nacieszeniu oczu panoramą Elbląga z Wieży Targowej ruszyłem. Znaki szlaku znalazłem niedaleko od Wieży. Jakież jednak było moje zdziwienie, gdy po kilkunastu minutach, zamiast docierać do rogatek, znalazłem się w miejscu rozpoczęcia. Najwyraźniej minąłem odbicie szlaku, a znalazłem te znaki, które prowadziły do jego początku. Z mniejszym entuzjazmem, ale za to bardziej uważnie ponownie za nimi podążyłem, aby wkrótce znaleźć się w Parku Krajobrazowym Wysoczyzny Elbląskiej.

Jest to przepiękny trzydziestokilometrowy odcinek biegnący po zalesionych pagórkach na północny wschód od Elbląga. Trudno byłoby wymarzyć sobie ciekawszy początek trasy: las, świergot ptaków, podjazdy (najwyższy punkt tego odcinka znajduje się na wysokości ok. 180 metrów n.p.m.) i czasami kręte zjazdy, wody Zalewu Wiślanego, piękna szeroka plaża w Kadynach zwana nie bez kozery Srebrną Riwierą, a także powiew wiatru i zapach morza. Dla mnie, człowieka
z południa Polski, jest to esencja wakacji.

Późnym popołudniem dotarłem do Tolkmicka, małego, ale bardzo urokliwego miasteczka znanego miłośnikom przygód Pana Samochodzika, bohatera powieści dla młodzieży Zbigniewa Nienackiego. Po przejechaniu się brukowanymi uliczkami
i krótkim popasie, w czasie którego zjadłem ostatnie zapasy prowiantu przeznaczone na ten dzień, ruszyłem do celu mojej dzisiejszej podróży, czyli Fromborka.

Po zakwaterowaniu u stóp wzgórza, na którym wzniesiono katedrę, udałem się do sklepu po zakupy na kolację, ale omal się nie spóźniłem, nie mogąc oderwać wzroku od widoku samej katedry i murów ją okalających oświetlonych zachodzącym słońcem. Absolutnie wyjątkowe zakończenie dnia. Skoro pierwszy dzień był tak atrakcyjny, to co będzie dalej?

Deszczowe dopołudnie spędziłem, zwiedzając katedrę fromborską
i muzeum poświęcone Mikołajowi Kopernikowi, ale także zawierające zbiory prezentujące przedstawienia świętych oraz przedmioty liturgiczne i starodruki.

Green vèlo wyprowadza rowerzystów z miasta na północny wschód równolegle do brzegu Zalewu Wiślanego w niewielkim oddaleniu od niego. Ja wybrałem jednak wyłożoną płytami betonowymi drogę biegnącą tuż przy brzegu. Jest to rozwiązanie mniej wygodne (trzęsie), ale pozwalające na bezpośrednie dotarcie do ujścia rzeki Pasłęka, które szlak omija. Wystarczy odbić w lewo za znakami do osady Ujście, aby zobaczyć charakterystyczny kształt deltowego ujścia rzeki: nurt, który co kilkadziesiąt lub kilkaset metrów przebija się wąską odnogą do Zalewu Wiślanego.
Dalej szlak skręca w głąb lądu, biegnąc w górę wijącej się Pasłęki jej lewym brzegiem. Można wybrać jazdę specjalnie przygotowaną ścieżką szutrową (jeszcze słabo ubitą) na grobli przeciwpowodziowej lub płytami betonowymi poniżej grobli. Po kilku kilometrach z uwagi na silny wiatr wybrałem to drugie rozwiązanie. Obie drogi doprowadzają do miasteczka Braniewo, które wita już z daleka stojącym tuż nad rzeką kościołem Św. Krzyża. Jest to miasto dwóch „naj”: najstarsze miasto Warmii oraz mające najstarszy murowany obiekt na tych ziemiach — wieżę, którą mijamy, jadąc za znakami.

Z Braniewa wyjeżdża się ulicą wzdłuż domów przypominających trochę śląskie familoki i jedzie kolejne niemal 40 kilometrów przez pola i lasy, asfaltem i szutrem do Pieniężna, który stanowił miejsce mojego drugiego noclegu. Rano, zwiedzając miasteczko, przejechałem obok reklamy informującej o kumulacji w pewnej grze losowej. Pomyślałem, że będąc w miejscu o takiej nazwie nie mogę nie zagrać. Niestety skończyło się na nadziejach.

Celem trzeciego dnia było dojechanie do końca pierwszej mapy, a najważniejszym miejscem do zwiedzenia – zamek biskupów w Lidzbarku Warmińskim. Jechałem zatem raźnie, mijając urokliwe Górowo Iławieckie z bardzo miłym i kompetentnym personelem w Biurze Informacji Turystycznej i widząc się już na murach wspomnianego zamku. Wjeżdżając do miasta, opóźniałem jeszcze nadchodzącą przyjemność, klucząc wzdłuż uliczek starej części miasta. Niestety taka kolejność zwiedzania okazała się błędem, gdyż tego dnia zamek był czynny dla zwiedzających tylko do 17.00, a ja przyjechałem niewiele wcześniej. Pozostało mi zatem zwiedzić dziedziniec (robi wrażenie!) i wystawę w podziemiach.

Zanim dotarłem na skraj mapy, poprawiłem nastrój, zwiedzając klasztor i kościół (przepiękne wnętrze) w Stoczku Klasztornym, gdzie więziono kard. Stefana Wyszyńskiego (można obejrzeć pokoje stanowiącego jego miejsce odosobnienia).
Czwarty dzień rozpoczął się krótkim, acz emocjonującym piaszczystym zjazdem przy opuszczaniu wsi Krawczyki (rowerem obciążonym sakwami miotało, że ha!). W taki sposób rozpoczął się dzień istotnych modyfikacji trasy. Po zwiedzeniu powiatowych Bartoszyc za radą jednej z mieszkanek (dziękuję!) w miejscowości Zydlung zjechałem z Green vèlo, kierując się na północ czerwonym szlakiem rowerowym i wydłużając trasę do Sępopola o kilkanaście kilometrów. Celem była wioska Ostre Bagno,
w której, jak mi powiedziano, znajduje się przepiękna cerkiew. Trasa wiodła przez Szczurkowo położone przy samej granicy polsko-rosyjskiej. Tam oniemiałem. Tylu bocianów na raz chyba jeszcze nie widziałem. Chociaż polskiej stolicy bocianów upatruje się na Podlasiu, to sądzę, że Szczurkowo nie wlecze się
z tyłu. Bociany gniazdują tu niemal na każdym słupie i kominie, a klekot dobiega zewsząd.

Gdy wreszcie udało mi się zamknąć rozdziawioną gębę, ruszyłem dalej, by po około 30 minutach dotrzeć do pośredniego celu dnia. Droga biegnąca przez wieś była pusta – żywego ducha. Jechałem dalej, by na jej końcu zobaczyć wreszcie gotycki kościół. O jego dzisiejszym grekokatolickim charakterze świadczyła współczesna brama z charakterystyczną kopułą. Po kilkunastu minutach poszukiwań napotkani mieszkańcy poprosili pana kościelnego o otwarcie drzwi świątyni. Było warto. Niemal całe wnętrze jest w drewnie. Skromnie, ale pięknie. Krótka rozmowa pozwoliła poznać historię przodków mieszkańców wsi pochodzenia ukraińskiego, którzy zostali tam przewiezieni z Podkarpacia w ramach Akcji Wisła. Z relacji zrozumiałem, że dziś ich potomkowie stanowią część zwartej społeczności wsi, ale zachowują tradycje, pamiętając o swoim pochodzeniu.

Dalszy ciąg trasy tego dnia obfitował w atrakcje architektoniczne. Po 10 kilometrach w Sępopolu (odbudowany kościół z XIV w. i stare mury) wróciłem na szlak. Dalej Sątoczno z charakterystycznym gotyckim kościołem, następnie, już na Mazurach, Korsze z dużą węzłową stacją pamiętającą wiek XIX, Drogosze chwalące się największym na Warmii i Mazurach pałacem króla Prus, czy też Barciany z ruinami dużego zamku krzyżackiego. Dzień zakończyłem kolejnym odbiciem od szlaku, aby zobaczyć dworek w Jegławkach i zanocować kilka kilometrów dalej.

Ranek oznaczał szybki przejazd do urokliwego Srokowa i dalej do Węgorzewa. Zanim jednak dojechałem do tego popularnego mazurskiego portu, postanowiłem obejrzeć dwie budowle śluz leśniewskich u ujścia Kanału Mazurskiego do Jez. Rydzewskiego. Choć nigdy nie zostały ukończone, sprawiają imponujące wrażenie, szczególnie śluza górna. Można ją obejrzeć bardzo dokładnie, korzystając z atrakcji parku linowego na niej zorganizowanego. Mimo nazwy śluzy znajdują się ok. 2 km za Leśniewem; nie należy się zatem niepokoić, mijając wioskę, ale ok. 100 m za tablicą Kaczory wytężyć wzrok patrząc w prawo.

Wjazd do Węgorzewa opatrzony jest dużą tablicą z napisem „Gmina Węgorzewo wita, rowerowa stolica Polski”. Ponieważ szwankowała mi przednia przerzutka, widziałem już mój problem rozwiązany. W tutejszym Biurze Informacji Turystycznej podano mi adresy dwóch serwisów rowerowych. I cóż, w jednym zlokalizowanym
w sklepie ze sprzętem sportowo-turystycznym usłyszałem, że w tej chwili nie ma nikogo, kto mógłby mi pomóc. Odpowiedź na moją prośbę o obejrzenie roweru
w drugim z podanych serwisów zlokalizowanym przy głównej ulicy niedaleko rzeki Węgorapa była bardziej bezpośrednia: nie chce się nam. Tak! To był cytat. Zawiedziony nieco rowerową stołecznością miasta pojechałem dalej, musząc samemu poradzić sobie z problemem. Przynajmniej zdobyłem nową umiejętność. Na pocieszenie chciałem jeszcze obejrzeć pozostałości zamku krzyżackiego, ale …
w pierwszej chwili przeoczyłem go, gdyż z uwagi na prace restauracyjne cały zasłonięty jest płachtami budowlanymi i rusztowaniami. Zatem: następnym razem!

Na wschód od Węgorzewa trasa wije się specjalnie zbudowaną na potrzeby szlaku szutrową drogą. Jest szeroka, wygodna, ale jeszcze niewystarczająco utwardzona. Koła roweru trochę się zapadają, a prędkość podróżna spada. Najwyraźniej nie przejechała nią jeszcze wystarczająca liczba rowerzystów. W drodze do Bań Mazurskich złapał mnie pierwszy na trasie deszcz. Pomijając jego niewielką intensywność, nie stanowił on problemu również dlatego, że liczne Miejsca Obsługi Rowerzystów, czyli specjalnie rozlokowane wzdłuż trasy miejsca odpoczynku wyposażone w wiatę, stoliki, miejsca na rowery i nierzadko toaletę, pozwalały na schronienie się przed opadami. A najładniej urządzony widziałem właśnie w Baniach, gdzie postanowiłem spędzić przerwę obiadową.

Przed wieczorem dotarłem do Gołdapi, małego miasteczka niemal gdzieś na końcu świata. Potrafi ono jednak przyciągnąć turystów o różnym profilu. Od razu wjeżdżając do miasta, mijamy Górę Piękną (Gołdapską), która w zimie miłośnikom białego szaleństwa oferuje stok narciarski. Może z tym szaleństwem to lekka przesada, gdyż stok jest stosunkowo krótki, ale gdy góry oznaczają wyprawę na drugi koniec Polski, wówczas nie ma grymaszenia. Z kolei po wschodniej stronie miasta zbudowana tężnia solankowa przyciąga kuracjuszy swoimi walorami leczniczymi oraz malowniczym położeniem nad Jeziorem Gołdap. Po kilku głębokich leczniczych oddechach rozpocząłem ostatni etap tego dnia, docierając do pięknie położonego pośrodku lasu gospodarstwa agroturystycznego nieco w bok od szlaku.
Miłośnicy komiksów z Tytusem, Romkiem i A’Tomkiem pamiętają zapewne przykre doświadczenie sympatycznego szympansa związane z pójściem na skróty. Ja niestety nie wyciągnąłem z tego wniosków. Wracając na szlak, przeoczyłem zjazd po południowo-zachodniej stronie Jez. Czarnego, postanowiłem więc nie cofać się
i wykorzystać polną drogę po drugiej stronie tego zbiornika. A w nocy padało… Rezultat był taki, że o ile nie dołożyłem dystansu, to jednak zebrałem z trawy porastającej szlak całą wilgoć po nocnym deszczu. W rezultacie skarpetki musiałem wykręcać.

A dzisiejszy pierwszy cel pośredni to trójstyk granic Polski, Rosji i Litwy oznaczający jednocześnie wjazd na obszar województwa podlaskiego. Dojechawszy tam
w towarzystwie innych turystów i objąwszy ramionami słup graniczny, cieszyłem się krótkim jednoczesnym pobytem w trzech krajach. Pozytywnie naładowany ruszyłem na południe pchany wizją zaplanowanego już wcześniej noclegu nad Jeziorem Hańcza. Kilkaset metrów dalej – niespodzianka. Przecinając szosę prowadzącą do Wiżajn, szlak prowadził remontowaną drogą. Najwyraźniej drogowcy wraz ze starą nawierzchnią usunęli wszystkie znaki. W rezultacie przez kilka najbliższych kilometrów pozostawała jazda na azymut (na najbliższym skrzyżowaniu należy skręcić w prawo).

Potem już prosto na południe. Po minięciu Kłajpedy wiem, że niedługo będę się już cieszył widokiem Hańczy, najgłębszego polskiego jeziora, nad którym zanocowałem w bardzo miłym gospodarstwie agroturystycznym, oglądając pocztówkowy zachód słońca.

Kolejny dzień rozpocząłem od obejrzenia jednego z licznych głazowisk polodowcowych obecnych na południe i wschód od Jeziora Hańcza w Suwalskim Parku Krajobrazowym. Wkrótce szlak skręcił na wschód, prowadząc do Suwałk
i Wigierskiego Parku Narodowego. Wymienione miejsca są niemal żelaznymi punktami wakacyjnych programów. Jednak zdecydowanie warto poświęcić czas Jaćwingom, zatrzymując się po drodze w niewielkich Szurpiłach w gminie Jeleniewo, aby zwiedzić Izbę Pamięci Jaćwieskiej prezentującej aktualną i wciąż uzupełnianą wiedzę na temat tego walecznego bałtyjskiego plemienia ludu Prusów. Ich ziemie
w szczytowym okresie rozwoju obejmowały rozległe terytoria pomiędzy linią Wielkich Jezior Mazurskich, środkowym biegiem Szeszupy, środkowym biegiem Niemna oraz dorzeczem Biebrzy i Supraśli (informacja za wydawnictwem zatytułowanym We włości księcia Sziurpy). Obowiązkowo należy również podjechać do Góry Zamkowej usytuowanej kilka kilometrów na północ od Szurpił, a więc w bok od szlaku Green vèlo. Tam oglądając pozostałości jednego z ich największych grodów Jaćwingów oraz osiedli położonych na Górze i u jej stóp, a także czytając po drodze umieszczone na tablicach informacje o ich osiągnięciach budowlanych,
w tym budowlach wodnych, można uzmysłowić sobie rzeczywisty rozmach ich aktywności.
Do Suwałk wjeżdża się szeroką ścieżką rowerową, która po przeprowadzeniu rowerzysty przez obrzeża miasta wiedzie nad Wigry. Wigry, to Wigry – trzeba tu być, zobaczyć, poczuć. To był mój kolejny pobyt w tym miejscu, zatem obejrzawszy jego panoramę z wieży klasztoru w miejscowości o tej samej nazwie, popędziłem
w objęcia Puszczy Augustowskiej.

Przez kolejne kilometry głównie szutrowa i piaszczysta droga wije się przez przepiękny las, na długich odcinkach będąc blisko koryta Czarnej Hańczy. Niestety drogę i rzekę zazwyczaj dzieli szpaler drzew, podziwianie jej piękna jest w związku
z tym ograniczone. Nie zmienia to faktu, że odebrałem ten fragment jako jeden
z najpiękniejszych na całej trasie. Po drodze warto zwiedzić drewniany kościółek
w Mikaszówce. Dojeżdżając do Płaskiej, miłośnicy budowli wodnych mają okazję podziwiać liczne w tej okolicy śluzy Kanału Augustowskiego.

W miejscu połączenia jezior Studzienicznego i Białego, dokąd dotarłem następnego ranka, szlak się rozdwaja. Główna trasa prowadzi na południe, objeżdżając wschodni brzeg Jeziora Sajenek. Ja wybrałem odnogę szlaku nr 201, aby dojechać do Augustowa i zanurzyć się w toni mojego ukochanego Jeziora Necko. Droga poprowadzona została przez Augustów bardzo malowniczo, pokazując turyście rowerowemu otaczające miasto jeziora i rzekę Nettę. Odcinki dojazdowe prowadzą lasem drogą gruntową lub asfaltem wzdłuż ruchliwej szosy, wydaje się więc, że bywalcy Augustowa mogą sobie darować owe dodatkowe 18 kilometrów, ewentualnie robiąc wyjątek dla przepięknego drewnianego sanktuarium maryjnego w Studzienicznej.

Nocleg w Goniądzu goszczącym od kilku lat miłośników festiwalu Rock na Bagnie stanowił punkt początkowy poznawania Biebrzańskiego Parku Narodowego (BPN). Chronione bagniste rozlewiska Biebrzy są ostoją ptactwa wodno-błotnego
i roślinności bagiennej. Miłośnicy przyrody mają wiele możliwości podglądania flory i fauny z licznych wież widokowych i kładek biegnących w głąb bagien, z których wiele zlokalizowanych jest tuż przy szlaku lub w niewielkim od niego oddaleniu. Ja skorzystałem z dwóch takich możliwości. BPN to również dom dla stad łosi, o czym przypominają liczne tablice zlokalizowane przy przebiegającej przezeń tzw. Carskiej Drodze. Ja niestety muszę poczekać na inną okazję spotkania symbolu parku.

Opuszczając BPN z mocnym postanowieniem powrotu i w Strękowej Górze skręcając na wschód główną trasą szlaku (odnoga prowadzi do Łomży) podążyłem do Tykocina, chcąc zdążyć do zamku przed jego zamknięciem (ostatnie wejście – godz. 16.00!). Nie zważając więc na burzę oraz towarzyszące jej ulewę i gradobicie (czy wiecie, jak hałaśliwie odbijają się od kasku kostki spadającego z wysokości kilkuset metrów lodu?) pędziłem na złamanie karku. Zwiedzając zamek, widzimy niestety tylko jego współczesną rekonstrukcję, gdyż oryginalną budowlę rozebrano w XVIII w., ale jego historia usłyszana z ust przewodnika jest bardzo ciekawa
i pouczająca.

Nocleg w Tykocinie, poranne zwiedzenie wspaniałej synagogi i … pozostał ostatni dzień. Zanim dojechałem do Białegostoku, ponownie odbiłem od trasy, by doświadczyć obcowania
z naturą w Narwiańskim Parku Narodowym, pokonując kładką
i tratwami rozlewisko Narwii. Potem już tylko Choroszcz, „must see” Białegostoku i wieczorny pociąg powrotny.

UWAGI OGÓLNE

Atrakcyjność: jak rozumiem, szlak w zamierzeniu popularyzuje mniej znane obszary, choć nie brakuje tzw. żelaznych punktów. Warto jednak samodzielnie modyfikować trasę, gdyż omija ona miejsca, które zdecydowanie należy poznać.
Mapy: szlak jest stosunkowo dobrze oznakowany, polecałbym jednak wzięcie mapy z uwagi na zdarzające się niedoskonałości i błędy oznaczeń, a także możliwość modyfikacji trasy.
Rower: rower trekkingowy lub crossowy zupełnie wystarczy, choć nierzadko korzysta się z szerokich opon „górala”, szczególnie na piasku lub miękkim szutrze.
Noclegi: nie ma z tym problemów; ja dokonywałem rezerwacji w dniu bieżącym lub z jednodniowym wyprzedzeniem. Myślę jednak, że poza sezonem (jechałem
w czerwcu) nawet to nie jest konieczne.

KILOMETRAŻ
Dzień 1: Elbląg PKP – przejazd przez miasto – Frombork: 62,6
Dzień 2: Frombork – Pieniężno: 129,8
Dzień 3: Pieniężno – Krawczyki: 218
Dzień 4: Krawczyki – Ostre Bagno – Barciany – JegławkiWilczyny: 324,9
Dzień 5: Wilczyny – Gołdap – Galwiecie: 411,9
Dzień 6: GalwiecieBachanowoBłaskowizna: 474,7
Dzień 7: BłaskowiznaBachanowo – Płaska: 570,3
Dzień 8: Płaska – Goniądz: 660,2
Dzień 9: Goniądz – Tykocin: 735,3
Dzień 10: Tykocin – kładka Waniewo-Śliwno – Białystok: 803.

Artykuł ukazał się pierwotnie na stronie www.rowertour.pl.